Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    Battlefield 1 - FPS

Wiele można zarzucić Elektronikom, ale dając ograć każdemu chętnemu otwartą betę nowego Battlefielda – z wszystkimi jego błędami, niedoróbkami i ograniczeniami – zachowali się nadzwyczaj odważnie. Czy ugryźli się przez to sami w tyłek, to już inna sprawa.

Reklama

Rodzajów fanów Battlefieldów jest zatrzęsienie. Każdego przyciąga do serii coś innego, każdy ma swoje preferencje i doświadczenia, i choćby stanęło na głowie, DICE nie zadowoli ich wszystkich. Truję, ale tylko po to, by już na wstępie wyłuszczyć mój „bitwopolowy” bagaż.

Wyłączając epizody z nowszymi odsłonami serii, są nim przede wszystkim długie godziny spędzone w trybie rush w Bad Company 2. Lepszego Battlefielda do dziś nie widziałem. Przez ten pryzmat należy niniejszym odczytywać to, co w otwartej becie BF1 – która pozwalała pohasać po mapie Sinai Desert w trybach rush i conquest – przykuło moją uwagę.

Zbieram chleb suchy...

Rollercoaster wrażeń rozpoczął się dla mnie od prawdziwie zamaszystego kiwania głową z uznaniem nad projektem rozległej mapy, która w trybie conquest dostępna jest w całości. Wraz z ciasną wioską na północy, interesującym topograficznie kanionem na wschodzie, ruinami nieco na południe od niego i rozległą pustynną połacią zajmującą jej większość.

Rozstawiono na niej aż siedem flag do przejęcia. System punktacji determinujący zwycięstwo oparto wyłącznie na tym, ile obozów i przez jak długi czas jest w posiadaniu danej strony (nawiązując do historycznej bitwy o Magdhaba, ścierają się tu siły imperiów brytyjskiego i osmańskiego).

Nie wpływa na niego liczba zabójstw, więc o ile nie raz dane mi było paść ofiarą wrednych, leniwych snajperów zabunkrowanych gdzieś na wzniesieniach, pędząc jako medyk w ogień walki, miałem nad nimi moralną przewagę – oni nie przejmowali celów, a ja tak.

Pierwsze rozczarowanie przyszło chwilę później, w momencie, gdy uświadomiłem sobie, że cała ta pierwszowojenna estetyka – fikuśne mundury, prymitywne karabiny i trójpłatowce pyrkające nad głowami – to tylko świeża warstwa farby nałożona na wiekowy, ograny system rozgrywki. Ślicznej farby, wymuskanej do najmniejszego detalu i do tego (jakkolwiek to zabrzmi) świetnie brzmiącej.

Ale, kurde, grałem w to już wiele razy, znam schematy od podszewki i naprawdę łaknę – zwłaszcza w roku, który dał nam Overwatcha – czegoś odkrywczego.

Na szczęście nie jest pod tym względem fatalnie i buzia uśmiechała mi się za każdym razem, gdy dane mi było zaobserwować destrukcyjne efekty ładunków wybuchowych odpalanych w okolicy zabudowań oraz gdy chwytałem w ręce miotacz ognia (jedną z trzech spawnujących się co jakiś czas superbroni).

Moją ulubioną nowością zdecydowanie stał się kuń. Kuń ma w zestawie cztery rącze, okute nogi, sympatyczny, mocny sztucer oraz szabelkę, którą bardzo, ale to bardzo przyjemnie kosi się wrednych, leniwych snajperów.

Kuniem można szybko dostać się za plecy nacierającej drużyny, uciec przed czołgiem za wydmę czy pogalopować do odległego punktu E i posłużyć jako punkt spawnu dla drużyny, by chybcikiem go przejąć. Oczywiście jeżeli gramy w trybie conquest.

W rush? Czekaj, no... w rush?!

Gdy odpaliłem mój niegdyś ulubiony rush, mina mi szybko zrzedła. Na Sinai Desert przeznaczono dla tego trybu wschodni „korytarz”, łącznie z ruinami i kanionem, których atakowanie i obrona za każdym razem przeciągały się w żmudną wojnę podjazdowo-okopową.

Prawie, jakbym, he, he, trafił na front pierwszej wojny światowej. Oczywiście dużo więcej satysfakcji sprawia tu współpraca ze zgraną ekipą, bo i skala, i limit graczy są tu odpowiednio mniejsze. Ja na taką nie trafiłem.

Trafiłem za to na wrogi czołg, który jakby nigdy nic wjechał sobie na występ skalny jakieś 20 metrów nad terenem, który miałem chronić, i z właściwą sobie brytolską flegmą kichał w dół śrutem z tej swojej cholernej lufy, śmiejąc się przy tym do rozpuku (to ostatnie mogłem sobie dopowiedzieć).

Bardzo możliwe, że na innych mapach lub po poprawkach tryb ten zyska nieco więcej charakteru i pozwoli rozwinąć skrzydła na bardziej kreatywne sposoby niż gromadzenie się na skałach i ostrzał prowadzony z przewagą wysokości. Inna rzecz, że część mojej frustracji na pewno wiązała się z tym, że bardziej niż w conqueście miałem tu wrażenie déjà vu, i to sprzed wielu, wielu lat.

Ganiając wokół skał, co i raz to spoglądałem na pobliskie tory kolejowe. Marzyłem, by jak najszybciej znów wskoczyć do podboju, gdzie przegrywająca drużyna zyskuje dostęp do opancerzonego pociągu.

Kolej na lądowanie

„Ciuchcia” (jeżeli nazwa ta jeszcze nie funkcjonuje w fandomie, to zgłaszam ją pod rozwagę) daje radość w dwójnasób. Jeżeli jest po twojej stronie, możesz się zrespawnować w którymś z jej wagonów i przez następnych kilka minut we względnym bezpieczeństwie prowadzić ostrzał z działek, zgarniając punkty za zdobywanie flag D i G.

Jeżeli pojawiła się po stronie wroga, masz znakomity, tłusty cel do ostrzału przy pomocy ciężkich dział lub do zasypania bombami spod nieba. A skoro już o samolotach mowa, fruwając nad głowami, robią świetny klimat i czasem miło jest wskoczyć za stery, by siąść na ogonie jakiemuś domorosłemu Czerwonemu Baronowi.

Na dłuższą metę jednak mam wrażenie, że w kontekście conquestu (ha!) są niczym więcej niż drogimi zabawkami. Samolotem, podobnie jak wrednym, leniwym snajperem, flagi nie przejmiesz.

Możesz we flagę wlecieć. Albo dostać się gdzieś szybko i wyskoczyć na spadochronie. Ale większego sensu w wydłużonych starciach powietrznych nie znalazłem. Zdecydowanie bardziej wolałem wsiadać w jednoosobowy lekki czołg i szczując wrogą piechotę śrutem, wspierać natarcie moich śniadych lub bladych ziomków.

Wicher wieje w twarz

Kończąc listę skarg i zażaleń, muszę jeszcze wspomnieć o burzach piaskowych i życiu po śmierci. Pustynne zawieruchy pojawiają się na polu bitwy losowo. Co prawda, czynią bezużytecznymi wrednych, leniwych snajperów, ale równie nieprzyjemnie obchodzą się i z pozostałymi klasami.

Gdy pierwszy raz znalazłem się w chmurze kurzu, było niesamowicie. Prawie że czułem piasek przesypujący się w gaciach. Tyle że wszyscy wówczas ruszyli do szturmu przez otwarte tereny, wykorzystując ten tymczasowy kamuflaż, i z gry zawierającej pewne – nikłe, bo nikłe, ale jednak – taktyczne elementy zrobiła się rąbanka dla krótkowidzów. Doceniam zatem wysiłek włożony w przygotowanie tego elementu, ale nie popieram. Tym bardziej że internetowi śledczy domniemali, iż efekty pogodowe sterowane są w grze ze strony klienta, a nie serwera, wobec czego obrotni hakerzy potencjalnie będą mogli w przyszłości wyłączyć je u siebie i strzelać do reszty jak do kaczek.

A co z tą śmiercią? A to, że podczas oczekiwania na wskrzeszenie przez medyka (strzykawą oczywiście) nie da rady grzebać jednocześnie w ekwipunku i dobrać sobie sprzętu po respawnie. Da radę to zrobić tylko po zrezygnowaniu z chęci ewentualnego zmartwychwstania... Co frustruje wystawiających się na ostrzał, pędzących w stronę ofiar medyków jak ja.

Bagnet na broń?

Do premiery już niewiele czasu, ale DICE udowodniło, że jest skłonne szybko odpowiadać na zażalenia i zmieniło m.in. czas trwania starć w podboju z 10 do 60 minut, co wyszło trybowi na dobre. Beta pełna była błędów (o których nie wspomniałem tu, bo to w końcu beta) i mam nadzieję, że developerzy właśnie srogo je łatają.

Słyszałem skrajne opinie graczy – od natychmiastowego zamówienia przedpremierowego do natychmiastowego anulowania zamówień złożonych wcześniej. Mnie sam Sinai Desert, jakkolwiek śliczny i przyjemny, nie przekonuje do tego, że będę po premierze piwniczył z maską przeciwgazową na twarzy.

No, ale podobnie było w przypadku przywołanego tu już Overwatcha, a skończyło się, jak się skończyło.

CDA

Czasem ma w opiece, czasem sam opieka: enki

Okiem Allora

Na Gamescomie miałem okazję zagrać także na drugiej z map testowych, po polsku znanej jako Blizna Saint-Quentin, i znacznie bardziej klimatycznej niż Synaj.

Choćby dlatego, że więcej tu zieleni, a prócz ruin znajduje się na niej także nietknięte (w każdym razie na początku bitwy) francuskie miasteczko. I kilka stanowisk artyleryjskich, więc model fizyczny ma sporo do roboty.

Kolejny plus to długie linie okopów i Marki, które pozwalają na prowadzenie bardzo skutecznego ostrzału z karabinów maszynowych i dwóch sześciofuntówek. Wisienką na torcie był zaś zeppelin, choć... i tak wolałem siedzieć w Marku.

Okiem Krigora

Jeju, jeju, jeju! Jakie te porozstawiane po mapie działa są fajne! Przeładowujesz po każdym strzale, sam zaś strzał sprawia, że czujesz moc niczym Leia podduszana przez Vadera. Oryginalność to wielka zaleta tego tytułu. Jednocześnie na każdym niemal kroku czuć, że to stary Battlefield.

A skoro już padło słowo „moc”, to nie sposób odnieść tej pierwszowojennej strzelaniny do Battlefronta. Cóż, podobieństwa są. Czy to rozwiązania zastosowane w interfejsie, czy choćby głupi fakt, że do samolotów wsiadamy od razu, w powietrzu. Nie ma lotnisk, nie ma zaplecza. Ale nie oceniam, pogramy w pełniaka, zobaczymy.

Zobacz również

  • Obecna generacja PlayStation sprzedaje się najszybciej w historii(*), ale to, że toczoną od dekad międzyplatformową wojnę zaczynają wygrywać pecety, potwierdził już nawet Andrew House, szef Sony... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.