Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    Bound - platformowa

Już pierwsze minuty zabawy krzyczały, że nie będzie to łatwa przeprawa. Żaden z Bounda Super Meat Boy, ale nieustanne potyczki z kamerą i sterowaniem sprawiły, że odłożyłam polską produkcję z ulgą.

Reklama

Toczy brzuch po plaży: 9kier

Nie jest to ani dobra trójwymiarowa platformówka, ani dobry projekt artystyczny. Przede wszystkim brakuje jej precyzji. Przed sekwencjami ze skokami po walcach najlepiej zmówić paciorek, bo trudno ocenić, czy baletnica – a jednocześnie księżniczka dziwacznego, pełnego abstrakcyjnych konstrukcji królestwa – nie zsunie się w przepaść.

Kamera nieustannie i frustrująco pływa, przygotowana chyba pod robienie ładnych screenów, a co jakiś czas całkiem zmienia perspektywę. Po wciśnięciu lewego triggera odpowiedzialnego za taneczny sprint bohaterka przesuwa się nieproszona i na szczęście nie jest w stanie spaść w ten sposób z platformy.

Zresztą gra pomaga, jak może, by baletnica nie wylądowała w przepaści – skraca animacje susów, wykonywanych w pełnym szpagacie godnym tancerek z „Czarnego łabędzia”, albo tworzy niewidzialną ścianę, by księżniczka nie zsunęła się podczas chodzenia. Podczas skoku spaść już może.

Z tego powodu wielokrotnie lądowałam w wyłożonej abstrakcyjnymi, falującymi kształtami czeluści, a z moich dłoni wytryskiwały do nieba wstęgi rodem z gimnastyki artystycznej. Następnie w czasie respawnu podnosiłam się, wyginając nogę tak, jak nigdy mi się nie uda, choćbym spędziła pół życia, trenując jogę.

Jezioro łabędzie

Nad animacjami bohaterki można by jeszcze popracować, ale kiedy chodzi na palcach z rozłożonymi rękami albo podkrada kroki z „Jeziora łabędziego”, idąc po wąskim „krawężniku” przyklejona do ściany, trudno się nie zachwycić.

Jeszcze lepiej jest, gdy po wciśnięciu prawego triggera całkowicie oddaje się tańcu – np. by ominąć jęzory ognia. Wtedy mogę na nią patrzeć w nieskończoność, gdy miesza balet z tańcem nowoczesnym w płynnych, dopracowanych kombinacjach, wykonuje piruety i wyskoki, odrzuca głowę, zadziera nogę nad głowę. Specjaliści od mocapu wespół z tancerką i choreografką wykonali kawał dobrej roboty i tym większa szkoda, że taki fantastyczny, innowacyjny pomysł marnuje się w tak słabej grze.

Reszta nie wygląda nawet w połowie tak dobrze (brakuje stylu, jest za to dużo brzydkiego przenikania) i choć sekwencje różnią się od siebie – tu jest nieco zabawy z grawitacją, tam jest zielono i pada deszcz – nieraz odnosiłam wrażenie, że najważniejszymi zmianami w danym rozdziale były kolory tych wszystkich prostopadłościanów i sukienki księżniczki.

Zwłaszcza że wciąż robiłam to samo: skakałam z platformy na platformę lub z szarfy na szarfę, chodziłam po owych krawężnikach i drabinach, chowałam się za kawałkiem ściany przed krzykiem olbrzyma, pozbywałam się więzów tańcem, a od czasu do czasu jechałam w powietrzu po szerokiej wstędze. (Były jakieś uniki i jakieś znajdźki, ale po co – nie wiem).

Być może nie zdążyłoby mi się to tak znudzić, gdybym rzeczywiście spędziła z grą 2,5 godziny i zapomniała o sprawie, ale niestety zostałam zmuszona do spędzenia z nią dwa razy tyle. Pewnego razu, mniej więcej w połowie, znalazłam się w miejscu, z którego nie było wyjścia: po bokach i z tyłu miałam przepaść, a przed sobą most z miotaczami ognia, które natychmiast mnie zabijały (mimo że powinno się je móc pokonać tańcem).

Po dziesiątkach prób i dwóch godzinach kombinowania zwróciłam się o pomoc do enkiego z nadzieją, że zauważy coś, co pominęłam. Niestety on także poległ, a co gorsza, tego fragmentu nie było w żadnym wideoporadniku. Bound nie oferuje opcji zrestartowania sekwencji, więc musiałam rozpocząć od nowa.

Gdy dotarłam do tego rozdziału, grałam bardzo ostrożnie, bojąc się powtórki, i w pewnym momencie dojrzałam znienawidzoną sekwencję – daleko, daleko w dole. Okazało się, że wcześniej musiałam pomyśleć: „zeskoczę i zobaczę, co tam jest!”, a potem umrzeć w przepaści – od tej pory gra podnosiła mnie na dole.

Młody człowiek i śmierć

Bound to ciekawostka. Projekt, na którego ci, co grali w życiu w jakąkolwiek platformówkę, będą patrzeć z pobłażaniem. Nie wystarczą też ładne wzory na ścianach lokacji, sznury quasi-pereł w przejściach i śliczne animacje tańca baletnicy w masce, by gra broniła się jako projekt artystyczny.

Fabule – między sekwencjami w abstrakcyjnym królestwie, będącymi przewidywalną metaforą, kobieta w ciąży spaceruje po plaży i przegląda dziennik z rysunkami, pojawiają się też jej wspomnienia z dzieciństwa – brakuje prawdziwej głębi.

Decyzja, którą gracz musi podjąć na końcu, nie ma na scenariusz żadnego wpływu, bo gdy ciężarna blondynka zapuka do drzwi domku i pokaże przeglądany zeszyt, nie dowiesz się nawet, jak zareagował jego mieszkaniec.

CDA

Zobacz również

  • Mój 11-letni wnuk nie lubi czytać. Jeśli synowa nie przeczyta mu lektury, sam po nią nie sięgnie, nawet gdyby miał dostać w szkole jedynkę. Od września przez kilka godzin dziennie opiekuję się jego... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.