Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    Crypt of the Necrodancer

Reklama

Obok Izaaka i Nuclear Throne – to najlepszy z wyrobów rogalikopodobnych, jaki mieliśmy okazję zaprosić na dyski w ciągu ostatniej kilkulatki. I jedyny, który dał się przekonać do tańców na platformach mobilnych.

Słowo klucz to „taniec”, bo choć tytuł przystrojono w tradycyjne dla rogue­like’ów łaszki klasycznego fantasy, w istocie mamy do czynienia z grą rytmiczną. W każdym z proceduralnie generowanych poziomów musimy poruszać się w takt muzyki, a walka opiera się na sukcesywnym poznawaniu kroków, jakimi próbują nas podejść szkielety, smoki i minotaury.

Nasze fandanga, bolera i be-bopy wykonujemy, ciesząc uszy pierwszorzędną ścieżką dźwiękową Danny’ego Baranow­sky’ego, a niepowtarzalność każdego podejścia gwarantuje moc broni, zbroi, amuletów i znajdziek, które w istotny sposób wpływają na rozgrywkę.

W przeciwieństwie jednak do The Binding of Isaac – zabawa w mniejszym stopniu opiera się na absurdalnej potędze gadżetów.

Nacisk pada raczej na mozolne zdobywanie wiedzy na temat pląsających potworności i wyrabianie w graczu właściwych nawyków.

Crypt of the Necrodancer wkroczył na iOS-owy parkiet dozbrojony w dodatkową zawartość, jaką sukcesywnie obrastał jego pecetowy odpowiednik.

Port właściwie niczym nie ustępuje podstawce, zaimplementowano nawet codzienne wyzwania, opcję dostosowywania soundtracku i dodatkowe tryby rozgrywki. Konwersja nie mogła zresztą pomylić kroków, bo pierwotnie sterowanie ograniczało się przecież do klawiszy kierunkowych, a dotykowy ekran sprawdza się w tym celu niemal równie dobrze.

Czapki z głów, to jedna z najbardziej satysfakcjonujących inwestycji, jakie możecie poczynić, mając w ręku urządzenia z jabłuszkiem. [Papkin]

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.