Reklama
  • Piątek, 28 października 2016 (08:00)

    Fifa 17 - sportowa

Czując na plecach oddech coraz lepszego PES-a, FIFA ucieka w nowy silnik – Frostbite. Kilka lat temu przesiadka na potężniejszą technologię całkowicie odmieniła grę i brutalnie przetasowała układ sił między seriami Konami i EA. Tym razem nie pociągnęła za sobą rewolucji – tej doczekaliśmy się jednak, tyle że skromniejszej i w zupełnie innym aspekcie. Drogą do sławy podążył: CormaC

Reklama

Wygrawszy bez większego wysiłku licencyjny wyścig zbrojeń i doprowadziwszy rozgrywkę do stanu, w którym drastyczne zmiany odebrane zostałyby przez wielu jako wysilone lub wręcz zbędne, EA Sports musiało poszukać dla najpopularniejszej gry sportowej świata całkiem nowej drogi rozwoju. I znalazła tę drogę – Drogę do sławy, czyli tryb fabularny uświetniający wersje na PC, PS4 i XBO.

Pomysł nie jest w żadnym razie nowatorski, o czym wiedzą choćby fani serii NBA 2K. Zresztą również EA ponad pięć lat temu wpisało sobie do portfolio sportówkę zawiniętą w osobistą historię – symulator boksu Fight Night Champion.

Futbolowy klan

Drogę do sławy – u podstaw której legł tryb Kariery zawodnika – przemierzamy wspólnie z Aleksem Hunterem. Wybitnie utalentowanego czarnoskórego młodzieńca poznajemy na turnieju U-11. Jego i jego najbliższych – matkę, dziadka, który na boiskach Premier League dorobił się statusu legendy, oraz ojca, któremu kontuzja na to nie pozwoliła, zamieniając przy okazji w zgorzkniałego dupka przygniatającego syna do murawy absurdalnymi oczekiwaniami.

Gdy spotykamy się z Aleksem ponownie kilka lat później, jego ojciec jest już gdzieś daleko i niespecjalnie interesuje się nastolatkiem, który wciąż stara się mu zaimponować, rozwijając się pod okiem dziadka.

Banał, nie? A będzie takich banałów więcej, np. gdy chłopak postawi sobie za cel zdobycie jedynego trofeum, jakiego dziadek nigdy nie uniósł; gdy bliskiemu przyjacielowi z dzieciństwa, również wyjątkowemu talentowi piłkarskiemu, do głowy uderzy wyjątkowo toksyczna sodówka itp.

Droga do sławy to odpowiednik utrzymanego w konwencji „od zera do bohatera” kina sportowego, w którym zwroty akcji nie są dość zwrotne, by wywinąć się rozpędzonej sztampie. Z filmami tryb fabularny ma tym więcej wspólnego, że drogę Aleksa na szczyt bardziej się ogląda, niż wytycza – brak realnego wpływu na historię jest chwilami bolesny i rodzi kuriozalne sytuacje.

Scenarzysta napisał swoje i jeśli twoje poczynania nie zawsze wpasowują się w jego wizję, to... cóż... pech. Jeżeli podczas przedsezonowego tournée zagrasz jak ostatnia ciamajda, gwiazda rywali i tak cię skomplementuje. Na wypożyczenie do niższej ligi zostaniesz zesłany nawet, jeśli wykorzystasz swoje nędzne minuty w macierzystym klubie w dwustu procentach, strzelając bramkę za bramką.

Podpisując swój pierwszy kontrakt, wybierasz spośród autentycznych zespołów z Premier League i decyzja ta też może zrodzić głupotkę, bo jednym z punktów scenariusza jest zasilenie drużyny gwiazdą, której transfer do – dajmy na to – Hull City byłby w rzeczywistości niedorzeczny.

Symboliczny wpływ na rozwój wypadków ma również wybór opcji dialogowych (np. podczas konferencji) – nie zmieniają one historii, decydują jedynie o tym, jak postrzegany będzie Alex. Jeśli będziesz arogantem i np. przypiszesz sobie zasługi za wygrany mecz, zapunktujesz u spragnionych wyrazistych osobowości kibiców, ale stracisz w oczach menadżera.

Jeśli zamiast tego skromnie podkreślisz wysiłek całej drużyny, zyskasz mniej fanów na wirtualnym Twitterze (przy okazji: tweety szybko stają się powtarzalne) i później podpiszesz umowę sponsorską, natomiast trener spojrzy na ciebie przychylniej. Nie ma to jednak większego znaczenia.

Wyidealizowana przygoda...

Punktuję słabości Drogi do sławy – że sztampowa fabularnie, że liniowa, że czasem nierealistyczna – ale prawda jest taka, że pomimo oczywistych wad wciągnęła mnie bez reszty.

Jej siła leży w prostej szczerości i fakcie, że wprowadza czynnik ludzki, jakiego nie oferuje żaden inny tryb ani w Fifie, ani w PES-ie. Szybko zżyłem się z Hunterem i jego emocje stały się moimi w stopniu, jakiego się nie spodziewałem.

W budowaniu atmosfery sporą zasługę ma fantastyczna, oszczędna muzyka autorstwa Atticusa Rossa (zdobywcy Oscara za ścieżkę dźwiękową do „The Social Network”). Tryb fabularny to romantyczna przygoda, o jakiej marzy się, kopiąc piłkę z kumplami na podwórku. Przygoda z wielkim futbolem, którego ducha oddano znakomicie, przynajmniej w odczuciu laika, który o profesjonalny sport się nie otarł, za to kiedyś zerwał się z lekcji, by dowiedzieć się, czy Roberto zabierze Tsubasę ze sobą do Brazylii.

Nie wątpię w to, że przedstawiona w Drodze do sławy wizja jest wyidealizowana i mocno uproszczona, ale wierzę, że zatrudnieni przez EA konsultanci (m.in. Harry Kane i Marco Reuss, a także ghostwriter stojący za autobiografią Beckhama) nie pozwolili nakłaść mi do głowy kompletnych bzdur.

...i piłkarska codzienność

Muszę przyklasnąć nowemu trybowi Fify za coś jeszcze – podkreśla on fakt, że za sukcesem i sławą stoi ogrom pracy na treningach. Można zdać się na symulację ćwiczeń, ale nie warto tego robić, bo tylko samodzielnie zapewnisz Aleksowi optymalny rozwój.

Zupełnie nie korciło mnie zresztą, by unikać tych zajęć, bo minigry treningowe są bardzo satysfakcjonujące z kilku powodów. Po pierwsze, wraz z występami w meczach służą rozkwitowi Aleksa – każde ćwiczenie przekłada się na wzrost konkretnych cech i umiejętności chłopaka (drybling, równowaga, odbiór i masa innych), tym większy, im lepiej poradzisz sobie z zadaniem (możliwe są trzy próby).

Obserwowanie rosnących słupków jest tym przyjemniejsze, że nie są to jakieś abstrakcyjne cyferki – mają odzwierciedlenie w boiskowej praktyce, decydując np. o tym, czy Hunter wyprzedzi obrońcę. Po drugie, zauważalnie podnoszą umiejętności gracza, który rozwija się wraz z Hunterem. Po trzecie, te minigierki – wyścigi z piłką przez tory przeszkód, strzelanie na bramkę częściowo zasłoniętą deskami i wiele, wiele innych – są angażujące i zwyczajnie fajne.

Bawią tak bardzo, że pierwszy wieczór z Fifą 17 spędziłem głównie w odrębnym menu treningowym, wykręcając coraz wyższe wyniki w różnych konkurencjach.

Mecze rozgrywać można w Drodze do sławy na dwa sposoby – sterując całym zespołem (jednak bez najmniejszego wpływu na taktykę) albo wyłącznie Hunterem.

Ja upodobałem sobie tę pierwszą opcję, bo wolałem mieć wszystko pod kontrolą – często grać na Aleksa, samodzielnie wykańczać jego dośrodkowania itp. – a nie polegać na AI. Gdy nie znajdziesz się w kadrze meczowej, wynik spotkania zostanie zasymulowany, podobnie jak przebieg meczu do momentu, aż wejdziesz z ławki, na której go zaczniesz.

Wpuszczając cię jako zmiennika, trener wyrazi swoje oczekiwania (czasem ekstrawaganckie, bo kto zdrowy na umyśle wymaga od siedemnastolatka, by odwrócił losy spotkania, meldując się na murawie pół godziny przed końcem, gdy jego drużyna przegrywa 0:3 z Manchesterem City?).

Postawa Huntera na boisku jest nieustannie oceniana, a w rogu ekranu widać notę aktualizowaną na bieżąco po udanych i nieudanych zagraniach. Wirtualny belfer działa nieźle, ale jest tylko algorytmem, więc zdarzają mu się dziwaczne decyzje – przytrafiło mi się na przykład, że za korner wywalczony po przebojowym rajdzie skrzydłem zostałem „nagrodzony” obniżeniem oceny i radą, bym szanował piłkę. Dodatkowo w przerwie i po meczu menadżer chwali cię za to, co ci wychodziło, i wskazuje obszary wymagające poprawy – najczęściej celnie.

Rozgadałem się o Drodze do sławy, ale czuję się w tym gadulstwie usprawiedliwiony, bo to w Fifie największy powiew świeżości od lat. Dla porządku wspomnieć jednak należy, że pogłębienia doczekały się również inne tryby zabawy.

W sztandarowym dla serii Ultimate Team pojawiły się np. wyzwania budowania składu, które wymagają zestawiania jedenastek spełniających przeróżne wymagania, np. złożonych tylko ze srebrnych lub brązowych kart (wreszcie zastosowanie dla kartoników zalegających w głębokich rezerwach) czy zawodników z konkretnej ligi. à propos FUT-a – nagrodą za ukończenie fabuły jest karta z Hunterem. Umiarkowanie przydatna – mój miał ocenę 75 i szybko poszedł w odstawkę.

Mocniej nie znaczy wyżej

Jak już napomknąłem we wstępie, przesiadka na Frostbite’a nie pociągnęła za sobą drastycznej odmiany na boisku. Największą nowością – ale z silnikiem raczej niezwiązaną – jest całkowita zmiana sposobu bicia rzutów rożnych i wolnych pośrednich.

Żegnamy się w tych sytuacjach z widokiem zza pleców (ten obecny jest wciąż przy wolnych bezpośrednich), a na boisku pojawia się celownik pozwalający wskazać, dokąd powędrować ma piłka. Na pierwszy rzut oka jest to zmiana dla samej zmiany, ale przyzwyczaiłem się do niej błyskawicznie i doceniłem większą precyzję, jaką daje nowe rozwiązanie.

Podpicowano również karne – prawą gałką da się zmodyfikować długość i kąt rozbiegu, lewą rozpoczyna się go i celuje. Auty umożliwiają zaś markowanie wyrzutu dla zmylenia rywali. Siedemnastka prezentuje nieco bardziej fizyczne podejście do futbolu – i to jest już najpewniej wkład Frostbite’a. Lewy trigger sygnalizuje teraz piłkarzowi, że ma wejść w tryb osłaniania piłki – skuteczniejszego niż w zeszłorocznej odsłonie – lub zaangażować się w przepychankę.

Odniosłem też wrażenie, że z jednej strony piłkarze nabrali masy i trzeba brać poprawkę na to, że są bardziej bezwładni niż wcześniej, z drugiej zaś gra jest odrobinę szybsza – wzrosło znaczenie dynamicznych skrzydłowych, co mnie cieszy.

Podobnie jak wprowadzenie – wreszcie! – potężnych bomb przy ziemi (uskutecznianych przez ponowne wciśnięcie przycisku strzału w odpowiednim momencie) i główek skierowanych w dół. Wachlarz opcji w ataku jest bardziej rozłożysty, zwłaszcza że koledzy z drużyny lepiej pokazują się do podań.

Nowy PES uświadomił mi fakt, że Fifie przydałoby się dopracowanie systemu wspomagania podań. Ten z Pro Evo odczytuje moje zamiary niemal bezbłędnie, podczas gdy grze EA zdarzało się psuć moje obiecujące akcje, bo z jakiegoś powodu dochodziła do wniosku, że np. chcę podać do kolegi stojącego obok, a nie do skrzydłowego wybiegającego na idealną pozycję.

Zastanawia również przesadna inklinacja piłki do lądowania na poprzeczce. Nie są to jednak rzeczy na tyle uciążliwe, by zatruć zabawę – a ta jest przednia.

Remis ze wskazaniem

Pod względem prezentacji meczów i ogólnej otoczki FIFA to mistrzostwo świata. Atmosfera na stadionach jest wspaniała – od zaśpiewów kibiców można czasem dostać gęsiej skórki, „realizator” od czasu do czasu pokazuje wiernie odwzorowanego Kloppa czy Mourinho, spiker nie tylko zapowiada zmiany i informuje o doliczonym czasie, ale też czyta ogłoszenia (np. informując, że w biurze stadionu czeka na kogoś żona), a przy mikrofonach ponownie zasiadł duet Szpakowski i Laskowski.

Pomijając puste, smętne, wyprane z życia wnętrza i otoczenia z cutscenek Drogi do sławy, oprawa graficzna stoi na wysokim poziomie, choć najnowsze Pro Evo oceniłbym pod tym względem kapkę wyżej.

Jeżeli ktoś wziął CDA do rąk w nadziei, że znajdzie tu klarowną odpowiedź na pytanie, którą grę piłkarską nabyć w tym roku, muszę go rozczarować, bo wybór zależy od przyjętych kryteriów. Tegoroczny PES pod względem rozgrywki jest znakomity – stawia na futbol ofensywny, widowiskowy i nieprzewidywalny, wyraźniej oddaje charakterystyczne style gry różnych drużyn.

Jeśli przymknie się oko na różne Manchestery Red, naprawdę może się podobać, i to bardzo. Zaskakująco wciągający tryb fabularny, uzależniający jak cholera Ultimate Team, ogrom licencji i ogólnie pojęta atmosfera zanurzenia się w świat piłki przemawiają natomiast na korzyść Fify. Ja prywatnie skłaniam się właśnie ku niej, ale już nie tak zdecydowanie jak rok temu. Ech... gdyby dało się połączyć zalety obu serii, efekt byłby miażdżący.

CDA

Zobacz również

  • Jak zyskać więcej czasu dla rodziny?

    Jeśli zajmujesz się domem, jednocześnie wychowując dzieci i pracując na cały etat, już teraz możemy przyznać ci medal za optymalne zarządzanie czasem oraz logistyką. Jeśli jednak masz uczucie, że w... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.