Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    Hue - logiczna

Siedząc przy Hue, długo nie mogłem się zdecydować: patrzeć przez różowe okulary czy poddać się markotnemu czarnowidztwu? Emocje całkiem adekwatne, skoro mówimy o produkcji, która powiedzenie „nadać życiu kolorów” zamienia w główny mechanizm rozgrywki.

Bohaterem Hue jest... Hue – dziarski młokos uwięziony w dwuwymiarowym świecie rysowanym lekką, krągłą, miłą dla oka kreską.

Reklama

Jedyne, czego w tym malowanym uniwersum brakuje, to kolorów – a przynajmniej innych niż czarny na szarym tle. Tajemnicę pochodzenia młodzieńca, podobnie jak cel, jaki przed nim stoi, odkrywamy po kawałeczku, prowadzeni rozsypanymi po poziomach listami pewnej tajemniczej niewiasty, wyjawiającej bohaterowi całą intrygę właśnie za ich sprawą.

Jak się okazuje, nieznajoma o aksamitnym głosie prowadziła na uniwersytecie eksperymenty z gamą kolorów, by dzięki nim ujrzeć barwy normalnie niedostrzegalne przez człowieka. Reszty nie zdradzę, bo tylko tyle spoilerów potrzeba, by wyjaśnić mechanikę gry.

Kolorowy świat

Jak to działa? Hue przemieszcza się po płaskim, szaro-czarnym świecie, skacząc z platformy na platformę, eksplorując odległe zakątki krainy oraz – i tu dochodzimy do clou sprawy – zbierając fragmenty gamy kolorów, roztrzaskanej w wyniku wspomnianych wcześniej eksperymentów.

Znalezienie ich daje bohaterowi jeszcze jedną moc – dzięki nim może zmienić szare tło plansz na inny posiadany w kolekcji kolor. Tu zaczyna się zabawa, bowiem wraz z zagłębianiem się w coraz dalsze zakamarki świata zaczynamy natrafiać na przeszkody (lub pomoce, np. platformy do skakania czy drzwi) w określonych barwach.

Jeśli więc stoi nam na drodze pomarańczowa skrzynka, zmieniamy tło poziomu na taki sam pomarańcz, a wtedy pudło zlewa się z tłem, więc znika – i możemy przejść. Tyle tylko, że w wyniku takiej akcji mogą zniknąć drzwi, również pomalowane na oranż.

Gracz rusza wtedy prawą gałką pada, wybiera z palety kojący niebieski – i oto drzwi pojawiają się ponownie, pomarańczowe na błękitnym tle. Całkiem to pomysłowe, a bywa, że robi się naprawdę ciekawe – szczególnie kiedy spektrum dostępnych barw zbliży się do maksymalnych ośmiu.

Mózg się gotuje

Byłoby więc kolorowo, gdyby nie kilka rzeczy, które podczas rozgrywki uwierają. W głównej mechanice gry jest coś, co nie pozwala bawić się komfortowo – chodzi o to, że aby pojawił się obiekt na planszy, należy zmienić kolor na inny od pożądanego (czyli: chcemy mieć niebieską skrzynkę, a z palety wybrać musimy każdy inny kolor, byle nie niebieski).

To wymaga od gracza przeprogramowania synaps, by mózg zaczął myśleć niejako na odwrót od zamierzonego efektu. W pewnym sensie to ciekawa gimnastyka dla szarych komórek, ale zaczyna być męcząca, kiedy dużo zagadek wymaga szybkiego przełączania się między różnymi kolorami, bo np. gracz przeskakuje między platformami o innych barwach.

Co prawda w momencie zmiany odcieni gra na chwilę zwalnia, dając moment na wykonanie operacji, ale i tak wymaga to zręcznych palców i sprawnie działającej – tyle że na opak – głowy.

Niby wiadomo, co trzeba zrobić, niby wiadomo jak, ale do osiągnięcia celu potrzebna jest koncentracja dużo większej niż oczekiwana w tego typu produkcji. Zdarza się przeżyć w Hue moment „wow, wymyśliłem, jak to przejść!”, ale znacznie częściej emocje gracza bliższe są „ufff, w końcu to zaliczyłem”. W grach logicznych te pierwsze cenione są dużo wyżej.

Neo-post-Mario

Kolejna rzecz to fakt, że Hue wpisuje się w pewien popularny ostatnio rodzaj gier, w obrębie którego ekipa Fiddlesticks nie zdecydowała się zbytnio eksperymentować.

Dostajemy oto opartą na jednej mechanice przygodową platformówkę z elementami logicznymi, w której odkrywamy intymną, przepełnioną nostalgią tajemniczą historię, osadzoną w mocno stylizowanym, artystycznym świecie.

Akompaniują temu – jakżeby inaczej! – przejmujące, powolne partie pianina, skomponowane tak, by poruszać najbardziej wrażliwe struny w duszy każdego, kto nie uważa siebie za troglodytę.

Hue to growa hipsterka pełną gębą, co zresztą potwierdzają liczne nagrody (głównie za stylizację graficzną) na wielu festiwalach gier niezależnych. Oczywiście nie można krytykować gry z tego powodu, tyle tylko, że siła oddziaływania tych zabiegów stylistycznych maleje z każdą kolejną produkcją tego typu – w czasach Braida czy Limbo zachwycały, teraz są już czymś zwykłym, oczekiwanym, standardowym.

CDA

Kręci kolorami: Hut

Zobacz również

  • Kolorowe bransoletki noszą nie tylko dziewczynki, ale też chłopcy (choć oni wolą militarne np. zielone i czarne barwy)! Zabawa polega na splataniu gumek we wzory. Zasada jest identyczna jak przy... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.