Reklama
  • Piątek, 28 października 2016 (08:00)

    Shadow Warrior 2 - FPS

Powiadają, że najważniejsze jest pierwsze wrażenie. W przypadku Shadow Warriora 2 jest ono fantastyczne i napędza przyjemność z gry niemal do napisów końcowych. Amputuje: enki

To skandal, że Flying Wild Hog nie zaszyło w swej grze punktacji za styl. Przecież to, co się wyprawia na ekranie, gdy podchodzę do kolejnej grupki wrogów, za każdym razem zasługuje co najmniej na wzmiankę w Teleexpressie.

Reklama

Interakcję z przygodnie spotkanymi postaciami otwieram, załóżmy, z grubej rury, anonsując się rakietą z wyrzutni. Natychmiast zmieniam broń na strzelbę, kicam bliżej i kolejnych sześć paczek śrutu wyciska brzydalom wągry z twarzy. Chwytam za katanę i chlastam nią wszystkich, którzy zwalili się na mnie w międzyczasie.

Odskakuję i dzierżąc karabin maszynowy z przebijającymi pociskami, wstrzymuję chwilowo demoni pościg. Wduszam V i po kilku sekundach staję się niewidzialny. Przełączam na naręczne ostrza, ładuję wypad do przodu i wbijam się na powrót w grupkę zdezorientowanych wrogów.

Wyciągam piłę tarczową, zmiękczam tkankę minigunem, odstrzeliwuję głowy rewolwerem. Zmieniam oręż i styl walki niemal automatycznie – aby było efektownie i efektywnie – i raduje mnie to niepomiernie. Gdy opada kurz bitewny, a ziemię wokół wyściełają świeże filety, zbieram przedmioty, leczę się i lecę szukać kolejnej grupki. Tym razem zacznę strzałem z łuku.

Miecz silniejszy od pióra

Gdzieś pomiędzy zaskakująco licznymi cutscenkami na silniku gry czai się pretekst, by uskuteczniać całą tę FPS-ową kaskaderkę. Minął jakiś czas od zakończenia fabuły „jedynki” (którego nie pamiętam), demony chadzają po Ziemi, korporacja Zilla znów knuje, a wygadany łysy bubek nazwiskiem Lo Wang ponownie znajduje się w samym środku draki, której stawką jest los całego świata.

Tym razem w jego głowie siedzi dusza niejakiej Kamiko, która nie szczędzi mu uszczypliwości swym denerwującym wysokim głosem, kontrapunktując jego zwyczajowe odzywki i żarty na temat przyrodzenia.

Od razu zaznaczę, że nie warto się specjalnie przejmować warstwą fabularną gry. Ani ona specjalnie dobra, ani zaskakująca, ani humorystyczna (śmieszna, owszem, ale niekoniecznie w tym pożądanym sensie).

Rozgrywającej się na płaszczyźnie wzajemnych docinek płaskiej relacji Wanga i Kamiko także daleko do służących dziś za punkt odniesienia „gadanych” przygód Henry’ego i Delilah z Firewatcha. A i cutscenki ze swoimi wybitnie przeciętnej jakości modelami, teksturami i animacjami pozostawiają ośrodki przyjemności w mózgu nieskalanymi ani jednym elektrycznym impulsem.

Nie o to w Shadow Warriorze 2 chodzi. Wróćmy zatem do jego sedna.

Jest procedural... NIE

W odróżnieniu od liniowej, poskładanej z szeregu misji kampanii „jedynki” w „dwójce” twórcy postanowili dać graczowi więcej swobody w wyborze drogi do napisów końcowych. Niczym w Borderlands 2 gości nas niewielki hub z własną klitką i dwoma sklepikarzami, do którego wracamy po każdej misji. Tych ostatnich mamy dwa rodzaje – fabularne i poboczne.

Opcjonalne wypady pozwalają zarobić nieco dodatkowych zillyenów, podlevelować postać czy zdobyć unikatowe, niedostępne w inny sposób rodzaje broni lub umiejętności specjalne. Rozgrywają się one na proceduralnie generowanych mapach, budowanych ze sporej wielkości klocków.

W założeniu ma to zapobiec nudzie biegania w kółko po tych samych miejscówkach, ale w rzeczywistości sprowadza się to wszystko do tego, że... biegamy w kółko po tych samych miejscówkach. Tyle że za każdym razem nieco inaczej rozlokowanych względem siebie.

Nie miałem przy tym specjalnej ochoty na eksplorację i parłem niczym taran wzdłuż kropkowanej linii na minimapie prowadzącej do kolejnych celów, bo też wiedziałem, że gdziekolwiek pójdę, i tak zaraz wyskoczy na mnie jakieś stado knurów albo sfora mistrzów i mistrzyń miecza Zilli.

Twórcy nie do końca wykorzystali potencjał losowości odwiedzanych krain – jest tylko kilka „biomów” (z braku lepszego słowa), które faktycznie różnicują odwiedzane mapy. Sprawia to, że zabrnąwszy jakieś 6-7 godzin w głąb fabuły, od dawna zna się wszystkie i prawdopodobnie zdążyło się już z cztery razy mozolnie przedzierać przez hordy na szczyt wieży Xinga, by z nim porozmawiać (od momentu, gdy przyszło mi to robić po raz trzeci, coś we mnie pękło i coraz częściej zacząłem po prostu omijać wrogów w drodze od celu do celu).

Zdecydowanie wolałbym bardziej „borderlandsową” budowę świata – większe, ręcznie wyrzeźbione i jeszcze bardziej zróżnicowane lokacje, których odkrywanie i poznawanie dawałoby dużo większe poczucie jakiegokolwiek progresu w grze.

Swoją drogą, kampanię – bez kilku zadań pobocznych i nieczęsto przeklikując cutscenki – ukończyłem w nieco ponad osiem godzin.

Poziom łatwości

W Shadow Warriorze 2 postęp objawia się na kilka sposobów. Po pierwsze zdobywamy poziomy postaci, a co za tym idzie, punkty do wydania na ulepszenie umiejętności specjalnych. Wśród tych ostatnich mamy „pasywki” w rodzaju większej liczby punktów życia czy regeneracji chi (tutejszej many).

Ale to te aktywne smakują najlepiej. „Ładowane” ataki mieczem, niewidzialność, pchnięcie mocy czy wreszcie shadow fury – „ult”, który na chwilę zamienia nas w niepowstrzymaną maszynę do zabijania (nie żebyśmy i bez niego taką nie byli). Do tego należy dołożyć ulepszenia broni – niekoniecznie intuicyjnie działające „wkładki”, które potrafią zwiększyć obrażenia, skrócić czas przeładowania czy nawet zmienić tryb działania danego oręża.

No i samą broń. Wang w podręcznym kole broni ma osiem miejsc na naprawdę zróżnicowane pukawki i siekawki – w arsenale gry nie ma miejsca na nudę.

Mówię to na długo po zdobyciu pod koniec kampanii przegiętej superkatany ciskającej wte i wewte promieniami rozjarzonej śmierci. Sprawia ona, że new game plus na najtrudniejszym poziomie (ten nieco mniej trudny pominąłem, zdając sobie sprawę z własnej potęgi) jest jak przejażdżka pługiem po piaskownicy z przedszkolakami.

Tym samym jednak rodzi się tu jeszcze jeden zarzut – twórcy nie wyważyli odpowiednio wyzwania rzucanego graczom, przez co obok ogromnej satysfakcji związanej z chlastaniem demoniego ścierwa brakuje w produkcji poczucia dokonania czegoś naprawdę nadludzkiego po zmęczeniu jakiegoś wybitnie trudnego momentu.

A tak zupełnie à propos, odpalając rozgrywkę w kooperacji, już na starcie należy wybrać poziom trudności przeciwników, bez możliwości jego zmiany podczas sesji.

Wydawałoby się, że od czasu komunikatu o sługach piekła rosnących w siłę w Diablo po dołączeniu do gry nowego gracza minęło już tyle lat... Sam co-op zupełnie nie sprawił przy tym, że zatrzęsły mi się portki z wrażenia.

Onlajnowe funkcje SW2 są raczej ubogie. Kilka razy zdarzyło mi się kontemplować fakturę ściany za monitorem w oczekiwaniu na „synchronizację danych sieciowych” po próbie dołączenia do czyjejś gry.

Tyleż mniej więcej razy tajemniczy błąd albo wyjście hosta wróciły mnie do głównego menu, a jeden raz, podczas czteroosobowego starcia z ostatnim bossem, zablokował się on na wyniszczającym wszystko i wszystkich obszarowym ataku, co skutkowało kilkunastokrotną śmiercią każdego zaraz po respawnie, aż do wyjścia hosta z gry.

Co kuriozalne, nie dało rady nawet przegadać z graczami zaistniałej sytuacji, bo nie znalazłem również w grze czatu. Jest to więc według mnie propozycja głównie dla grupek znajomych siedzących na komunikatorze głosowym.

Piękna masakra

Shadow Warrior 2 to gra tyleż szybka i dynamiczna, co śliczna (pominąwszy wspomaniane cutscenki i okazjonalne problemy z przenikaniem obiektów). Niektóre barwne, sielankowe lokacje, które już za chwilę miałem zamienić w krwawe łaźnie, miałem wręcz ochotę zlizywać z monitora.

Sporym wyjątkiem w tej kwestii były tylko mroczne, cyberpunkowe Zilla City – miejscówka nudna i nieco zbyt „hardresetowa” nawet pomimo wkomponowania w nią otwartych pionowych przestrzeni, niespotykanych w grze nigdzie indziej (no i ta wieża Xinga...).

Równie pozytywne wrażenia pozostawiła we mnie sfera audio gry, na czele z muzyką Michała Cieleckiego i Krzysztofa Wierzynkiewicza. Motyw z menu głównego – pierwsza klasa (takoż powrót Stana Busha z nowym, wyjętym z serca lat 80. utworem „Warrior” nagranym specjalnie dla Shadow Warriora 2).

Produkcja Flying Wild Hog ma tam może kilka wad, ale staje oto dumnie obok nowego Dooma, oferując przede wszystkim wspaniały zestaw dynamicznych strzelano-siekanych momentów. Takim jest w głębi swej duszy i taką należy ją zapamiętać. Żaden fan nieskrępowanego cyfrowego mordu nie powinien przejść obok niego obojętnie.

CDA

Zobacz również

  • Kolorowe bransoletki noszą nie tylko dziewczynki, ale też chłopcy (choć oni wolą militarne np. zielone i czarne barwy)! Zabawa polega na splataniu gumek we wzory. Zasada jest identyczna jak przy... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.