Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    South Park: The Fractured But Whole

Żydzi, amisze, rudzi, inwalidzi, Chińczycy, Mongołowie, transwestyci, muzułmanie, hipisi, wrestlerzy, otaku, Kanye „Gay Fish” West i Kim „Hobbit” Kardashian. Długa jest lista osób, z których naigrywał się serialowy „South Park”. W przypadku Kijka Prawdy ławka była znacznie krótsza. Gra zrobiła w jajo wyłącznie fanów RPG-ów.

Reklama

Na pewnym etapie turowe starcia i rozwój bohatera stawały się nudną formalnością, gros skilli leżał odłogiem, crafting był ubogi jak rodzina McCormicków, a niski poziom trudności skłaniał, by pacnąć Alt i F4, zakrzykując: „screw you guys, I’m goin’ home!”.

Przed wewnętrznym studiem Ubików (które zastąpiło Obsidian zajęte produkcją Tyranny i drugiego Pillars of Eternity) stoi nieliche wyzwanie. The Fractured But Whole musi bowiem udowodnić, że jest czymś więcej niż interaktywnym muzeum South Parku.

Krótka sesja z nową produkcją autorów Rocksmitha i Just Dance: Disney Party 2 każe, tak w nawiązaniu do ich portfolio, oznajmić: na razie wszystko gra!

Respect my autoritah!

Dzieciaki zarzuciły płaszcze i zbroje, zamiast tego przywdziewając peleryny i gumowe majty, słowem: rynsztunek znany z superbohaterskiej trylogii Coon & Friends.

Cartman nie byłby jednak Cartmanem, gdyby nie spróbował nowej franczyzy spieniężyć. Sęk w tym, że na łonie paczki znów doszło do schizmy – część dzieciaków (Butters, Kyle) nadal respektuje autorytet grubokościstego przywódcy, inni (Tweek, Kenny) założyli konkurencyjną supergrupę.

Kto zwycięży w walce o rząd dusz? Kto rozbije amerykański box office? Kto uzyska na Metakrytyku średnią powyżej 50%? I kto nie zapomni, by wziąć ze sobą ręczniczek?

Wiele wskazuje na to, że języczkiem u wagi ponownie okaże się Dekiel, niemy dzieciak, którym kierowaliśmy w poprzedniczce. Harce (ponoć dwukrotnie dłuższe!) rozpoczynamy jeszcze w „kijkowych” łaszkach, starając się odkryć hasło do piwnicy Cartmana.

Od pierwszych minut gra serwuje nam przepyszny fanserwis – w telewizji leci kolejny odcinek reality show z Honey Boo Boo i reklama zabawkowego „Przestań mnie dotykać, Elmo”, w szufladzie rodzicielki Eryka znajdujemy lubrykant, a skorzystawszy z toalety, wchodzimy w posiadanie bielizny pobrudzonej krwawą biegunką wywołaną spożyciem chipotle.

Nawiasem mówiąc – trochę przeraża stężenie metanu. By postawić klocka, musimy rozluźnić zwieracz (odchylając gałki pada) i rozpocząć parcie (prowokowane wciśnięciem triggerów). W zestawie z Nosulusem, minigrą z lataniem na gazowych obłokach oraz kilkoma kloacznymi atakami i dowcipasami, ma się wrażenie, że The Fractured But Whole zaserwuje nam głównie pierdyliard toaletowych wiców... acz pamiętajmy, że podobnie „promowano” Kijek Prawdy, który finalnie nieczęsto uciekał do wychodka.

Civil War

Przebiwszy się przez homoseksualną erotykę, jaką skrzą stronice cartmanowego dziennika, wchodzimy w posiadanie sekretnego kodu. Wklepawszy go w panel i dotarłszy na piwniczne spotkanie, obserwujemy Szopa & Przyjaciół, dumających, czy budowę marki rozpocząć od wyprodukowania serialu na Netfliksie, czy może filmu kinowego.

Jako że wciąż jeszcze paradujemy w ciuchach z poprzedniej zabawy – na tym etapie gry musimy się przebranżowić. Zakładamy zatem konto na Coonstagramie (odpowiednik kijkowego Facebooka – narzędzie do przeglądania ekwipunku, porządkowania questów i zarządzania drużyną) i obieramy profesję. Tych jest 12, acz nam dano ograć jedynie speedstera, taką tutejszą wariację na temat Flasha z DC czy marvelowskiego Quicksilvera.

Superszybkość pozwala mu wykonać dwa ruchy na turę, błyskawicznie podbiegać do przeciwnika i atakować międzywymiarowym ciosem ignorującym dystanse (o „dystansie” zaraz sobie zresztą pomówimy). W pełnej wersji pogramy asasynem, cyborgiem, medium czy karate kidem.

Jak wyszeptał mi do uszka jeden z developerów – raz obraną profesję możemy zmienić (co ma sens, bo początkowo zyskamy dostęp do raptem kilku, a resztę trza będzie odblokować). Równie ważne jest stworzenie własnej historii typu „origin”.

Tu jednak ogranicza nas wyobraźnia Cartmana, który upatruje początków naszych superzdolności w traumie spowodowanej widokiem rodziców, których przyłapaliśmy na uprawianiu ars amandi.

Nim jednak odkryjemy straszliwą prawdę o seksualności małżeństw w średnim wieku, przyjdzie nam stoczyć walkę z napadającymi na dom włamywaczami. I tu wcale niemała niespodzianka – choć starcia wciąż są skrojone na modłę japońskich rolplejów, tym razem ich uczestnicy są ruchawi.

Czytaj: nasza rola nie ogranicza się do wyboru zdolności i uraczenia patrzałek animacją (ewentualnie wykonania prostego QTE), bo postać trzeba też przemieścić.

Ta nowalijka, po prawdzie niezbyt spektakularna, tchnęła w potyczki odrobinę świeżości i nieco taktyki. Pole walki podzielone jest na kwadraty, po których manewrujemy czteroosobową drużyną. Część zdolności możemy aktywować jedynie w sąsiedztwie oponenta, insza partia to ataki obszarowe, a jeszcze inna – uderzenia w linii prostej bądź na ukos.

Konającego kompana da się odratować, osłoniwszy go przed ciosem własnym ciałem. Formację – rozbić. A nic też nie stoi na przeszkodzie, by stanąć za przeszkodą, uderzyć z flanki bądź od tyłu czy wpędzić przeciwnika w środowiskową pułapkę.

Terrance and Phillip: Behind the Blow

W pełnej krasie system walki ukazał się w kolejnej sekwencji. Kiedy paczka opuściła piwnicę, doszło do kłótni z konkurencyjną supergrupą, podczas której Timmy, w serialu ograniczający się do wykrzykiwania własnych personaliów... okazał się erudytą przemawiającym do zgromadzonych telepatycznie.

Cartman ruszył w pościg za tutejszym Profesorem X, a pozostali młodzieńcy rzucili się sobie do gardeł. Laserowy wzrok Człowieka Latawca sięgał nawet odległych dzieciaków, a nasz dzielny speedster rzucał przeciwnikami po planszy niczym Anita Włodarczyk.

Nie zapomniano również o wymogach konwencji – gdy przejeżdżał samochód, dzieciaki taktownie schodziły z jezdni, zawieszając na chwilę klepanie się po buziach.

Plan minimum udało się osiągnąć: starcia nie są tak bezmyślne jak w Kijku Prawdy. Mało tego – dodatkowy powiew świeżości mogą zapewnić... pierdy.

Gazy trawienne Douchebaga są bowiem tak potężne, że w pełnej wersji pozwolą na zmianę kolejności ataków, pozbawienie przeciwnika tury bądź cofnięcie już wykonanych ruchów.

AWESOM-O?

Trzy razy więcej profesji, dodatkowy towarzysz, ciekawszy system walki, dwukrotnie dłuższy czas rozgrywki, równie atrakcyjny setting. Sequel Kijka Prawdy ma chęć zagrać na nosach DC i Marvelowi i – klnę się na Jezusa, Mahometa i całą resztę Super Najlepszych Przyjaciół – pastiszem będzie znakomitym.

Rolplejem – chyba ciut lepszym niż poprzednik. Pytanie tylko, czy „grając na nosach”, nie wtłoczy nam w nozdrza zbyt wiele wcale nieprzyjemnej woni gazów jelitowych.

CDA

Zobacz również

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.