Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    Winter Novel - powieść wizualna

Winter Novel okazała się kiepską, wręcz fatalną visual novel, ale świetnym materiałem na stream. Trwał 2,5 godziny, choć grę da się niespiesznie przeklikać w godzinę, bo tak często się podkłada, że aż głupio tego nie obśmiać.

Reklama

Szef Świety – połowy duetu głównych bohaterów – jest stereotypowym korporacyjnym dupkiem. Kombinuje, jak nie płacić jej za zlecenia, nie liczy się z nadgodzinami, nawet nie próbuje jej motywować do pracy w banku.

Do następnego zadania zatrudnia również freelancera Władka (tak! Nieważne, że to programista o japońskich, mangowych rysach – w oryginale był Vlad), a kiedy dwójka zaczyna wspólną pracę, orientuje się, że chce zmienić swoje życie.

Świeta to pracoholiczka, która nie potrafi postawić swojemu szefowi granic i u której psychiatra zdiagnozowałby zaawansowaną depresję, a Władek to zapalony gracz w Dall of Cuty (śmiechom nie było końca!), nieprzyzwyczajony do korporacyjnej dyscypliny. Wciąż przypomina wstęp do mało wyrafinowanego porno.

Między bohaterami od początku narasta pewne napięcie i z czasem – czy tego chcesz, czy nie, bo w grze nie podejmujesz ani jednej decyzji – stają się sobie bliżsi. Po kilku wieczorach wspólnych nadgodzin on kupuje jej czekoladę i kaktusa, ona robi mu zupę, której on normalnie nie cierpi, ale ta konkretna mu smakuje.

Od początku wiadomo, że znajomość, która zaczęła się od sprzeczki w banku, przerodzi się w coś więcej, a Świeta ostatecznie zrezygnuje z pracy. To stereotypowe postacie osadzone w stereotypowej, przewidywalnej, przegadanej, bazującej na ogólnikach fabule (kawałeczek akcji dzieje się „w zabytkowym mieście”, a reszta nie wiadomo gdzie).

Jeśli wypijesz szota za każdym razem, gdy Świeta będzie narzekać na pracę, po godzinie będziesz leżał pod biurkiem. Jeśli nie chcesz pić na smutno, skup się na polonizacji – wyświechtanych, pozbawionych głębi, koślawych tłumaczeniach i kiepskich one-linerach („ty buło!”).

Dodaj do tego błędy językowe (o interpunkcji jedynie cichutko wspomnę) i głupoty fabularne (Władek wychodzi w dzień, wraca wieczorem i mówi, że nie zauważył, że już tak późno, a Świeta na poważnie mówi, że nie będzie miała czasu się zajmować kaktusem). Paradoksalnie nie grało mi się tragicznie, ale była to radość szkolnych łobuzów zabierających kieszonkowe pierwszoklasistom.

Podobała mi się jedynie charakterystyczna, złożona z literek, cyferek i znaczków oprawa graficzna – powód, dla którego w ogóle zainteresowałam się tym tytułem.

CDA

Zobacz również

  • W codziennym pośpiechu trudno wygospodarować chwile tylko dla dziecka. Gdy w końcu nadejdą, warto spędzić je tak, by poczuło, że jest dla nas ważne, kochane, a jednocześnie mogło rozwinąć swoje... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.