Reklama
  • Środa, 19 października 2016 (13:05)

    World of Warcraft: Legion - MMORPG

W nocy z 30 na 31 sierpnia roku pańskiego 2016 rozpoczęła się nowa era w dziejach świata. Wyznaczyła ją premiera szóstego już dodatku do wciąż najpopularniejszego MMORPG z naszego kręgu kulturowego – do World of Warcraft. A imię jego – Legion.

Stosownie, bo nowe rozszerzenie za główny, ale niejedyny temat powtórnie – po The Burning Crusade – bierze demoniczny The Burning Legion. Ale także dlatego, że na drodze tego Legionu stanął inny legion – weteranów, którzy ponownie tłumnie i dumnie stawili się na wezwanie Blizzarda.

Reklama

Twardych danych liczbowych wprawdzie brak – przestali ujawniać je po tym, jak w pół roku stracili 5 milionów graczy – jednak teraz zapewniają, że grających równocześnie jest więcej niż kiedykolwiek w przeciągu ostatnich paru lat. Zdanie to zdają się potwierdzać także obserwacje własne – serwery nagle zapełniły się, a część lokacji bywa wręcz zatłoczona.

Mimo to – i właśnie tutaj rozpoczyna się niniejsza lista pochwał – Legion stanowić może dla MMORPG wzorzec premiery idealnej. Nowy świat wchłonął te miliony graczy całkowicie naturalnie, co rażąco kontrastuje z premierą poprzedniego dodatku do WoW-a – niesławnego Warlords of Draenor, który przez pierwsze dni był praktycznie niegrywalny.

Lagi wynikające z nadmiaru zalogowanych zdarzają się jedynie w Dalaranie, który jest bazą wypadową dla większości postaci.

Powody do dumy

Powodów, dla których warto się logować, jest – przynajmniej na razie – całe mnóstwo. Podstawowy to nowe szczyty sławy, czyli 110 poziom doświadczenia dla postaci.

Te nowe dziesięć wbija się przy tym w kilkanaście, góra kilkadziesiąt godzin (rekordzista uwinął się w 5:28) i jest to – uwaga, znów chwalę – levelowanie przyjemniejsze nawet od tego z Warlords of Draenor, a tamto uznawane było przecież praktycznie jednogłośnie za najlepszy aspekt całego dodatku.

Legion otwiera przed nami nowy świat – The Broken Isles – składający się z czterech krain początkowych oraz jednej ostatecznej. To odwrócenie proporcji stało się możliwe dzięki technice dostosowywania poziomu trudności krainy do poziomu gracza, zwanej shardingiem. W niej gracze dzielą świat, który dla każdego z nich wygląda inaczej – różny jest nawet poziom mobów. W przeciwieństwie jednak do phasingu widzą siebie nawzajem i są w stanie wchodzić ze sobą w interakcje.

W trakcie levelowania docenić można też storytelling: każda z krain zawiera kilka – od czterech do ośmiu – „fabuł”, ale dostępne jest także skakanie pomiędzy hubami. Ostatnia kraina, Suramar, przeznaczona jest dla tych, którzy osiągnęli nowy limit poziomów i wraz z generowanymi proceduralnie world questami stanowi idealny pretekst, by ruszać w świat również na 110.

Drugim arcypowodem, by stawić czoło Legionowi, jest demon hunter. To nowa klasa bohaterska, tj. dla graczy, którzy mają już inne wysokopoziomowe postacie, pozwalająca być Illidanem – demonem zwalczającym demony. Wcielić się w nich mogą wyłącznie elfy (nocne w Przymierzu, krwawe w Hordzie) i pełnić mogą funkcję dps-a jako havok lub tanka jako vengeance.

Naturalnie stworzyłem sobie takowego i zaprawdę powiadam wam – takiej radochy z gry nie miałem dawno. Demon hunter to kombinacja niezrównanej mobilności (w becie jego podwójne skoki i szybowania potrafiły aktywować systemy antycheaterskie!) i zachwycającej brutalności ataków ogromnymi glewiami.

Mechanika jako dps to coś pomiędzy roguiem a wojownikiem fury, jako tank natomiast stoi na granicy monka i death knighta. Niesamowity jest także sam archetyp klasy: łowcy demonów to straceńcy, gotowi – by tylko móc stawić czoła najpotężniejszym jednostkom Legionu – stać się w dużej mierze tym, czego nienawidzą.

Tym samym choć najpewniej moją główną postacią pozostanie wojork z tarczą, to łowca demonów nieoczekiwanie awansował na numer dwa, wyprzedzając zresztą nawet niedawnego maina – death knighta.

Potwierdza to zresztą statystyka mówiąca o blisko 4 milionach stworzonych postaci tej klasy i co zabawne, 1,7 miliona zaliczonych dungeonów z czterema demon hunterami w składzie.

Artefakty dla każdego

Punkt trzeci na naszej liście głównych atutów Legionu stanowi broń legendarna – artefakt. Dostaje ją każda postać, ba – każda specjalizacja (to znaczy, że druid zdobywa cztery różne artefakty) – i następnie przez nawet kilka miesięcy odblokowuje kolejne zdolności i atrybuty, zwiększając tym samym jej moc i poziom.

Temu levelowaniu po levelowaniu towarzyszy także zdobywanie kolejnych wyglądów dla broni (czy bardziej nawet ich kompletów, bo tarcza przychodzi wraz z mieczem, a księga ze sztyletem), z których część stanowi nagrody za szczególne osiągnięcia w PvE, ale także PvP.

Nie jest więc tak, że każdy paladyn retribution walczy takim samym Ashbringerem – przeciwnie: od razu widać, w co tak naprawdę i na jakim poziomie gra jego właściciel.

Naturalnie wprowadzenie artefaktów oznacza, że zbędny stał się ten właśnie rodzaj łupu czy craftingu. W zamian otrzymujemy jednak zupełnie nowy typ łupu – relikwie, które dodatkowo zwiększają moc i zmieniają charakter broni. Cieszy też zaplanowany (data mining rulez!) dalszy rozwój tego właśnie aspektu rozgrywki.

Z drugiej strony upowszechnienie się przedmiotów legendarnych (wcześniej płaszcz i pierścień) osiągnęło właśnie taki stopień, że na listach łupu pojawiły się przedmioty tej jakości nawet jako world dropy. Dobrze to czy źle – trudno orzec.

Kolejną z wielkich nowości, jakie wprowadził Legion, są class halls. Te zastępują niesławne garnizony, łącząc w jednym szczególnym miejscu wszystkie postacie danej klasy. Stanowią dla nich nie tylko huba z całym łańcuchem questów klasowych, ale także miejsce, w którym zdobywa się dodatkowe bonusy – w tym ochroniarzy towarzyszących bohaterom podczas questowania.

W tym miejscu też odbywa się zarządzanie „świtą” z NPC-ów. Przypomina ona mielenie garnizonu z Warlords of Draenor, jednak zostało znacząco usprawnione. Przede wszystkim zwerbować da się obecnie do ośmiu championów, z czego aktywnych może być pięciu, i stanowią ich kanoniczne postacie takiego formatu jak Garona, Chen czy tytani z Ulduaru! Tych kierować można na misje z nagrodami (np. dodatkowym doświadczeniem dla artefaktu), ale także służyć mogą jako wspomniany ochroniarz – czy to na stałe, czy jako kolejna zdolność postaci, np. leczenie do pełna co trzy minuty.

Mniejsza liczba „naśladowców” oznacza też, że naraz aktywne można mieć dwie misje i ogarnięcie ich zajmuje znacznie mniej niż wcześniej.

Ponadto w końcu słowo z recenzji poprzedniego dodatku ciałem się stało i wszystko to da się załatwić w aplikacji towarzyszącej, więc nie muszę już wybierać pomiędzy życiem w Azeroth przez 18 godzin na dobę lub wylogowaniem się z poczuciem, że coś tracę.

Nowy lepszy WoW

Zmian na lepsze jest jednak sporo więcej. Powracający do gry nie znajdą już combat rogue’a, który stał się szermierzem rozbójnikiem (outlaw). Pozmieniały się także znacząco inne klasy, np. hunter marksmanship stał się strzelcem bez zwierzątka i pułapek, a shadow priest zyskał nowy zasób – szaleństwo, który dynamizuje mechanikę.

Przy okazji znikło ograniczenie liczby specjalizacji, tj. każda postać ma łatwy dostęp do wszystkich i uproszczone zostały także statystyki. Profesje przestały być tak potwornie grinderskie i powróciły wieloczęściowe komplety pancerzy z bonusami.

Jest też 10 instancji grupowych, które – dzięki poziomowi Mythic+ i możliwości ustalenia poziomu trudności, nie powinny stać się zbędne po dwóch tygodniach od premiery. Ponadto są World Quests – wspomniane już wpółlosowe questy każdego typu dostępne graczom po osiągnięciu 110 poziomu i ogarnięciu całych Wysp.

Pojawił się również kompletnie nowy system levelowania PvP, odblokowywania kolejnych talentów PvP, a nawet resetowania postępów w zamian za nagrody prestiżowe – np. nowy wygląd broni legendarnej. Cieszą mnie także drobne usprawnienia, jak dodatkowy pasek zasobów pośrodku ekranu czy zielony obrys postaci w grupie rajdowej.

World of Warcraft: Legion wreszcie jest naprawdę ładny (jakość tekstur nowych obiektów zdaje się czterokrotnie lepsza niż tych z Warlords of Draenor) i świetnie brzmi. Czego chcieć więcej? No właśnie – Blizzard znów mi to zrobił. Legion okazał się dla WoW-a tym samym, czym był Reaper of Souls dla Diablo III – daje drugie życie grze, którą uznałem za martwą i pogrzebaną.

Naturalnie całą niniejszą recenzję i tym samym ocenę poniżej traktować należy jako relację z tu i teraz, bo nie wiemy przecież tak naprawdę, jak dalej potoczą się losy dodatku. Nawet rajdowanie oraz sezon PvP zacząć się mają dokładnie w dniu premiery pisma, które trzymasz w dłoniach, co oznacza, że siłą rzeczy nie mieliśmy szansy zapoznania się z nimi.

Pierwsze wrażenie niemniej – o ile można o takim mówić w przypadku gry, która ma 12 lat – Legion robi znakomite i World of Warcraft znów wypełnia mi każdą wolną chwilę. For the Horde!

CDA

Do domu wrócił: gem

Zobacz również

  • Jak zyskać więcej czasu dla rodziny?

    Jeśli zajmujesz się domem, jednocześnie wychowując dzieci i pracując na cały etat, już teraz możemy przyznać ci medal za optymalne zarządzanie czasem oraz logistyką. Jeśli jednak masz uczucie, że w... więcej

Twój komentarz może być pierwszy

Zapoznaj się z Regulaminem
Wypełnienie pól oznaczonych * jest obowiązkowe.